Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

Wpis wspominkowy - Witch i mangi

Pomyślałam, że stworzę jeszcze jeden wpis z rodzaju tych bardziej pamiętnikowych. Zawsze chciałam prowadzić pamiętnik, ale szybko się zniechęcałam, bo uważałam, że mój charakter pisma jest niewystarczająco staranny a tematy, które podejmuję - zbyt błahe. Ten blog jest dla mnie pewnego rodzaju zamiennikiem pamiętnika - może nie o wszystkim piszę tutaj wprost, ale nawet taka namiastka dziennika może być dla mnie za jakiś czas ciekawą pamiątką. Będę wracać do tych wpisów, by zobaczyć czym się interesowałam i jak sobie radziłam. Jako dziecko, a później nastolatka nieraz zaczynałam pisać pamiętnik, ale za dużo skreślałam, wyrywałam strony, nie zawsze też wiedziałam o czym pisać... Bywało, że już po zapisaniu kilku stron traciłam cierpliwość i taki notes wcześniej czy później lądował w koszu. Zbytni perfekcjonizm prowadził do tego, że wyrzucałam swoje zapiski i rysunki. Teraz wiem, że nie powinnam była aż tak się spinać, bo i tak nie ma czegoś takiego jak "modelowo" prowadzony dziennik albo szkicownik. Może tak bardzo się frustruję, bo chciałabym, żeby przynajmniej ta artystyczna przestrzeń, w której wyrażam siebie, była dopięta na ostatni guzik, skoro kuleję w innych aspektach życia? Czasem jest mi ciężko - nawet moje zainteresowania, które powinny sprawiać mi przyjemność, wysysają ze mnie energię. Chcę coś napisać albo narysować, ale równie szybko się zniechęcam i zakładam, że nie wyjdzie to tak jak sobie wyobrażałam. Chyba od zawsze po prostu brakuje mi siły przebicia - w dzieciństwie byłam gnębiona w poważnym stopniu przez rówieśników ze szkoły. Wypierałam to przez długi czas, jakbym uznała po prostu, że tak musi być.

Uciekałam do świata swoich zainteresowań: po lekcjach jakby nigdy nic pisałam, oglądałam swoje ulubione kreskówki... ale, wcześniej czy później, tłumione lęki musiały wyjść na powierzchnię. Im starsza byłam tym wyraźniej dostrzegałam, że różnię się od innych, że popadam w izolację... W gimnazjum miałam bardzo fajną klasę i tam byłam najbardziej spontaniczną i otwartą wersją siebie. Dużo się śmiałam, mimo problemów z przedmiotami ścisłymi, które to kłopoty wtedy wydawały mi się sprawą życia i śmierci. W liceum miałam neutralną klasę: ani dobrą ani złą - raz było lepiej, raz gorzej. Są osoby, które wspominam bardzo ciepło, mimo że same miały problemy z kontrolowaniem emocji jak moja ówczesna sympatia albo koleżanki które rywalizowały o moją uwagę... Było tego trochę. Szkoła to bardzo specyficzny czas w życiu większości ludzi. Na pewno działo się wtedy więcej w moim życiu niż obecnie - cóż, miałam wtedy przynajmniej jakieś bodźce i wyzwania przed sobą.

Miałam taki kalendarz. Przypomniałam sobie o tym, gdy moja kumpela znalazła swój. Miałam dużo komiksów i gadżetów z "Witch"
 
Dobrze wspominam osoby, z którymi spędzałam czas, babcię która odbierała mnie w podstawówce ze szkoły i kupowała dla mnie czasopismo "Witch" w kiosku po drodze do domu... Szkolne wycieczki też były przyjemne, potem gdy byłam już starsza i zdałam maturę miałam duży powód, by się ucieszyć. Wtedy wierzyłam, że pokonałam na dobre swój problem z matematyką i że otwierają się przede mną jakiekolwiek możliwości. Chciałam studiować polonistykę i ewentualnie poszłam na te studia. Skończyłam je. A teraz... wolałabym mieć trochę więcej wsparcia i powodów, by otworzyć się na ludzi. Czasem zastanawiam się jakby to było, gdyby moje znajomości ze szkoły albo ze studiów utrzymały się do tej pory. Po drodze zaliczyłam warsztaty kreatywne, kilka staży w biurze... Nie pokierowały mnie w życiu, ale być może (tylko być może)  lepsze to niż nic. Jest parę rzeczy z mojego dzieciństwa i wieku nastoletniego, które darzę dużą nostalgią, między innymi włoski komiks "Witch" o nastoletnich czarodziejkach. Do tej pory pamiętam tą fabułę, imiona postaci i to, że chciałam rysować w takiej kresce. Miałam kalendarze, karteczki i gadżety z tej serii. Z bohaterek najbardziej lubiłam Will bo była nieśmiała, a mimo to była liderką grupy (była główną bohaterką, więc jej wątki były zazwyczaj najciekawsze, najbardziej rozbudowane) oraz Hay Lin - optymistyczną Chinkę, która chodziła z głową w chmurach, rysowała i sama projektowała sobie ubrania. W komiksach "Witch" podobało mi się, że bohaterki miały swoje przyziemne nastoletnie problemy z chłopakami i rodzicami, a przy tym były potężnymi strażniczkami żywiołów i miały obowiązki czarodziejek.

W "Sailor Moon" ("Czarodziejce z Księżyca")
występowały silne bohaterki o zróżnicowanych charakterach.
Styl graficzny serii i wątki "magical girls" podobały mi się,
gdy miałam te czternaście lat.

Taki miks motywów obyczajowych i fantastycznych to coś, co lubię do tej pory, chociaż już w historiach dla dorosłych. Widzę z perspektywy czasu dlaczego tak uwielbiałam "Witch" i dlaczego zbierałam wszystko, co z nimi związane. Lubiłam też Atomówki, bo były nieco surrealistyczną opowieścią o superbohaterkach - w kreskówce można było znaleźć dużo specyficznego humoru. Potem, mając te czternaście-piętnaście lat, zaczęłam oglądać trochę anime, chociaż wtedy jeszcze niewiele. Zaczynałam od "Sailor Moon" i "Inuyashy". Ogółem podoba mi się kreska w mangach i anime, ale samych serii przeczytałam/ oglądałam niewiele. Lubię anime studia Ghibli, bo to już klasyki, a ich animacja jest pełna wyobraźni i ambitnego artystycznego przekazu. Lubię parę komiksów, skupionych wokół roli kobiet w społeczeństwie jak historyczna "Róża Wersalu" czy "Fushigi Yuugi" - trochę głupkowaty i przeładowany po brzegi patosem, ale klasyczny już twór o bohaterce, która trafia do starożytnych Chin i ma tam swój harem ikemenów. "Yona w Blasku Świtu" jest lepszym fantasy tego typu, z bohaterką i jej haremem przystojnych strażników, ale nie przeczytałam całości. Jest nawet polskie wydanie tej mangi.
Kikyo z "Inuyashy". Innych irytowała, 
ale ja wczułam się w jej losy. Lubiłam tą postać.
W "Inuyashy" jest cała plejada barwnych postaci.
Jest z czego wybierać.

Czy lubię komiksy? Tak, ale częściej sięgam po książki, bo zazwyczaj mają mniej tomów, dzięki temu są przystępniejsze. Przyznaję, że bywam wybrednym czytelnikiem: jeśli dana pozycja nie wciągnie mnie niemal natychmiastowo, mogę już do niej nie wrócić. Tak mam, zwłaszcza ostatnio, odkąd moja podzielność uwagi jeszcze się skróciła przez depresję i przez całokształt nędzy i rozpaczy. Cóż, to tylko czarny humor, może nie powinnam używać słów "nędza" i "rozpacz" obok siebie. :) Lepiej zachować odrobinę pogody ducha, nawet gdy nie ma się znowu tak wiele od życia.

Refleksje o technologii, przeczuciach i snach


Ostatnio bawiłam się trochę chatem AI, który jest w stanie generować logiczne wypowiedzi w oparciu o wprowadzone do niego prompty. Można stworzyć własną AI postać i wymieniać z nią wiadomości na różne tematy. Ja odtworzyłam Sorenę, Eichiiego, a nawet Latreę. Wiadomości generowane przez AI pomogły mi mieć lepszy insight w ocki, a nawet podsunęły pomysły na wątki w opowiadaniach. To przydatne, kreatywne narzędzie, ale też ciekawostka, którą można się trochę pobawić. AI generuje grafiki, generuje też teksty, dialogi i jest to już codzienność, bo jakby nie patrzeć, technologia nie stoi w miejscu. To ciekawe, ale też trochę przytłaczające w jak szybkim tempie postępują te zmiany. Gdy byłam młodsza nie każdy miał jeszcze dostęp do internetu. Smartfony i czytniki nie były popularne... Trzeba powiedzieć, że przeskok jest gigantyczny - widać go chociażby w postępie grafiki i technologii komputerowej. Współczesne gry mają się nijak do takiego Mario czy Tetrisa z przełomu lat 80' i 90'. Ale moda na retro rozgrywkę i tak powraca, na przykład Pokemony z mojego dzieciństwa nadal cieszą się wielką popularnością na całym świecie. Coś za coś, jak sądzę. Ja w dzieciństwie zaczynałam od prymitywnych gier - miałam Game Boya, Pegasusa i konsolę Segi. Ale teraz świat wirtualny jest już właściwie na równi z tym rzeczywistym - ludzie przez internet nawiązują znajomości, robią zakupy, czerpią rozrywkę i wiedzę. Gry z kolei są niezwykle immersyjne i realistyczne pod względem wizualnym.


Izolacja wśród młodzieży postępuje, bo młodzi ludzie uciekają do wirtualnego świata - to samotne czasy, ale może po prostu brzmię teraz jak ktoś, kto nie nadąża za pędzącą technologią. Technologia niesie ze sobą zarówno korzyści jak i zagrożenia - przełomowym momentem może być ten, w którym stworzona zostanie w pełni niezależna sztuczna inteligencja. W pewnym momencie może ona zacząć wykraczać poza wirtualne środowisko, do którego pierwotnie była zamierzona i wzbudzić szereg pytań: o definicję świadomości, człowieczeństwa i o to na ile powinniśmy pozwolić AI ingerować w naszą codzienność. Na ogół nie pochylam się zanadto nad tymi zagadnieniami, ale nie ukrywam, że impulsem do stworzenia tego wpisu był mój nietypowy sen. Śniło mi się, że czytam w książce o zjawisku, które udało się potwierdzić naukowo. Chodziło o zjawisko near death experience, które w tym śnie zostało nazwane z łaciny "nox crux", krzyż nocy. Jak się okazało udało się potwierdzić naukowo, że ludzie są świadomi wychodzenia z ciała i utrzymują świadomość poza nim.

Szczegółowo odkryto, czego taki człowiek doświadcza i co czuje. Wszystko zaczęło się od testów na młodej dziewczynie, w której świadomość naukowcy mieli wgląd dzięki technologiom. Jednak naukowcy ukrywali dowody na prawdziwość istnienia życia po śmierci przed opinią publiczną. Ludzie wyszli na ulice protestować, trzymając banery z nazwą zjawiska krzyża nocy. Domagali się, by przestawiono im fakty, zamiast udzielać zdawkowych odpowiedzi. W odzewie na liczne protesty powstała obszerna publikacja, której poszczególne rozdziały były w całości poświęcone przełomowemu odkryciu. I ja tą publikację widziałam w swoim śnie. Była to książka z ostrymi jak brzytwa czarno-białymi ilustracjami. Zachowywała formę książki z przewracanymi stronami, ale papier i okładka nie były normalne, tylko jakby szklane i cienkie, podobne do ekranów tabletów. Przewróciłam na pierwszą stronę, by sprawdzić datę wydania publikacji i był to 2055 rok. Zdziwiłam się, dlaczego widzę książkę z przyszłości. Ten sen był... oryginalny, that for sure. Albo mój umysł jest kreatywny na tyle, by stworzyć sobie we śnie scenariusz rodem ze sci-fi, albo może ta wizja zawiera w sobie ziarnko prawdy.


Nieraz miałam w przeszłości rozbudowane, bardzo plastyczne sny. Może istnieje pewien niepoznany do końca wymiar rzeczywistości i niektórzy miewają przebłyski z tego wymiaru, bo mają intuicję lub artystyczny zmysł. Natura rzeczywistości pozostaje zagadką, ale ludzie i tak na wszystko znajdują teorie. Niektórzy uważają, że świat, w którym żyjemy jest symulacją, inni, że nie istnieje żaden duchowy wymiar... Jest wiele systemów religijnych i filozoficznych. Ja jestem sceptyczna, podchodzę krytycznie do takich rewelacji, ale przyznaję, że moje sny bywają zastanawiające. Bywa, że widzę w nich zdarzenia, które jawią się tak jakbym już je przeżyła (w poprzednim życiu?) albo spotykam zmarłe osoby, które coś mi przekazują. To nieoczywiste, nieuchwytne wizje. Trudno je uznać za twardy dowód na istnienie duchowej rzeczywistości. Jeśli wyższe siły próbują mnie nawrócić to dziwne sny nie wystarczą, przykro mi :). A jeśli jestem wizjonerem albo medium to mogłoby mi to pomóc bardziej w codziennym życiu, zamiast tylko mieszać mi w głowie. Sny są ciekawe dopóki... nie poruszają jakiegoś shitu z mojej podświadomości, o którym wolałabym nie myśleć. Cóż, myślę, że na tym zakończę dzisiejszy wpis - dobrze było zawrzeć tu swoje przemyślenia i uporządkować trochę bałagan, który mam ostatnio w głowie. Pobawię się może ustawieniami bloga, by troszeczkę usprawnić go graficznie, ale nawet jeśli to nie wyjdzie, zawsze mogę poudawać, że i tak umiem stworzyć coś z niczego. :)

Letnie rozkminy


Lato upływa mi pod znakiem remontu i nowych odkryć o samej sobie. Zrobiłam research i wiele wskazuje na to, że mogę mieć pewien rodzaj autyzmu. Przejawia się w tym, że mam wąski zakres specyficznych zainteresowań, że działam według powtarzalnych schematów i mam trudności komunikacyjne. Nie umiem podtrzymać rozmowy, jeśli nie dotyczy tego ona tego, czym się interesuję. Często też jestem spięta w towarzystwie, mam zaburzenia lękowe na punkcie tego, że mogę się ośmieszyć przed innymi przez swoje nieadekwatne zachowanie. Już w dzieciństwie bujałam w obłokach i byłam raczej bierna w kontaktach z innymi, co sprawiało, że rówieśnicy łatwo znajdowali powody, by zrobić ze mnie popychadło. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że odstaję od reszty. Nauczyciele myśleli po prostu, że jestem nieśmiała, ale teraz z perspektywy czasu widzę, że już wtedy miałam trudności społeczne, niekoniecznie wynikające z nieśmiałości. W gimnazjum pozwoliłam sobie na więcej luzu, częściej się śmiałam, bo miałam fajną klasę. Do tej pory jestem ekscentryczna, jednak zamknęłam się w sobie. W niektórych dziedzinach dobrze sobie radzę, ale tymi dziedzinami z pewnością nie są kontakty międzyludzkie ani nauki ścisłe. Mam dyskalkulię i jakakolwiek styczność z liczeniem to dla mnie koszmar. Chciałabym pozbyć się przynajmniej części swoich barier, ale mam różne problemy zdrowotne, które mnie czasem przerastają. Ok, to była ta część pamiętnika, w której się żalę, teraz czas na lżejszą część. Napiszę o kilku lubianych przeze mnie książkach o tematyce azjatyckiej.

 

"Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz"
Lisy See - ta książka przedstawia losy dwóch przyjaciółek, które starają się podtrzymać łączącą je więź, mimo opresyjnej kultury, w której dorastają. Aranżowane małżeństwa czy okaleczające rytuały krępowania stóp nie są w świecie tej powieści niczym niezwykłym. Powieść ta przybliża czytelnikowi tradycje dawnych Chin. "Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz" to naprawdę poruszający, wciągający od pierwszych stron dramat obyczajowy. Lubię też inne książki tej autorki z fabułą osadzoną w Chinach: "Dziewczęta z Szanghaju" czy "Marzenia Joy".

"Saga rodu Otori"
Lian Hearn - do sagi należą następujące powieści: "Po słowiczej podłodze", "Na posłaniu z trawy", "W blasku księżyca", "Krzyk czapli" i "Sieć niebios". Akcja książek rozgrywa się na fikcyjnej wyspie Trzy Krainy, w epoce japońskiego feudalizmu. Saga opisuje przygody chłopca imieniem Takeo, który jako jedyny ocalał najazd na wioskę Mino i trafia pod opiekę swojego wybawcy, Shigeru, władcy rodu Otori. Losy Takeo splatają się z losami Kaede - zakładniczki w zamku. Książki napisane są barwnym, plastycznym językiem. Zachowują klimat Japonii i element fantastyczny. Chętnie do nich wrócę.



"Shogun" Jamesa Clavella - zarówno książka jak i serial to już klasyka literatury / filmu przygodowego. W tej historii śledzimy przygody rozbitka Johna Blackthorne'a, który ląduje w Japonii, gdzie musi przywyknąć do tamtejszej kultury i zbudować swój wizerunek wśród miejscowych ludzi. Blackthorne ma jednak wielu wrogów, a rodzące się uczucie do tłumaczki imieniem Mariko okazuje się trudne i słodko-gorzkie dla nich obojga. Książka ma ponad tysiąc stron, ale nie odczuwa się tego podczas lektury. Można z niej wiele dowiedzieć się na temat Japonii. "Shogun" to rozrywka na długie godziny. Byłam pod wrażeniem rozmachu i wielowątkowości tej książki.

"Piórko na wietrze" Emily Wu - poruszająca, napisana na faktach książka. Opowiada historię dziewczynki, której rodzina jest piętnowana za poglądy polityczne. Dziewczynka wychowuje się w czasach rewolucji kulturalnej, w Chinach lat '60. W książce pojawia się wiele przykładów łamania praw człowieka. Bohaterowie przeżywają biedę i rozłąkę z bliskimi. Muszą ukrywać swoje prawdziwe myśli i emocje, jeśli chcą przetrwać reżim i fanatyzm bezwzględnego rządu. Mocna rzecz.
 

"Wyznania gejszy" Arthura Goldena - zarówno książka jak i film to porządny dramat obyczajowy. Główna bohaterka - Sayuri próbuje odnaleźć się w świecie, w którym miłość jest albo zakazana albo jest tylko iluzją, tworzoną dzięki rytuałom wykonywanym przez gejsze. Tu pozwolę sobie wstawić wymowny cytat z tej książki: "Nasz świat jest tylko falą w wielkim oceanie życia. Triumfy i cierpienia nawet najczarniejsze z czasem bledną niczym lawowane rozwodnionym tuszem na papierze".

Chcę przy okazji przeczytać więcej książek na temat Azji i Japonii. Na pewno temat książek i filmów powróci na moim blogu niejednokrotnie. Na dzisiaj to już wszystko. :)





18.10.22

Kiepsko się dzisiaj czuję. Zawsze w sezonie jesienno-zimowym łapię przeziębienie i tym razem też nie udało się go uniknąć. Ale i tak mnie nosi. Nie usiedziałam dzisiaj w domu, ale nie cieszyłam się spacerami bo samopoczucie nie dopisuje. Odnośnie innych spraw: odkąd w moim mieście otworzyli ACTION, często wypatruję tam notesy, szkicowniki, ogółem różnego rodzaju papierniczy stuff. Zawsze lubiłam ładne gadżety związane z pisaniem i rysowaniem, a w tym sklepie można dostać tanio nawet taśmy washi, na punkcie których mam małego bzika. Od niedawna zaczęłam prowadzić bullet journal, więc moja stale rosnąca kolekcja taśm w końcu się na coś przyda. Ozdabianie notesów i w ogóle prowadzenie ich to też dla mnie swego rodzaju terapia. Pozwala się wyciszyć, chociaż ogółem i tak mam raczej spokojny charakter. Zmierzam po prostu do tego, że lubię różnego rodzaju dłubanie w szkicownikach i notesach - jest coś satysfakcjonującego w tym, że rzeczy, które chce się narysować wychodzą coraz lepiej i precyzyjniej. Teraz jestem w trakcie rysowania małego rysunku dla przyjaciółki.


Wczoraj podesłała mi rozdział swojego opowiadania, który był jednym z bardziej angażujących w całym opku i imponujący w ukazaniu psychiki jednego z głównych bohaterów - Zenarda. Karola nieprzypadkowo dobiera wątki do swojego opowiadania: jej bohater w jednej chwili może próbować nawiązywać interakcje z jego nowymi przyjaciółmi, by w następnym momencie wszystko wymknęło mu się spod kontroli. Zenard ma bowiem osobowość mnogą i jego alter przejmuje od czasu do czasu kontrolę nad jego życiem, co utrudnia bohaterowi interakcje społeczne. Niczego nie może być pewny i właśnie ta atmosfera niepewności, poczucia winy i strachu przed brakiem akceptacji została bardzo dobrze oddana w tym opowiadaniu. Będę musiała jakoś pociągnąć swoje opowiadanie, ale dawno już nie zawierałam w nim znaczących, mocnych, wyróżniających się scen. Z jakiegoś powodu są w nim za to różnorodne sceny erotyczne, ale I don't mind. Pisanie mnie nie zawstydza, bo to normalne, ludzkie tematy. Jednak dyskutowanie o tych opowiadaniach irl może być już nieco bardziej krępujące. Zależy... nie jestem wbrew pozorom wstydliwą osobą i lubię myśleć też, że jestem tolerancyjna. Nie mam nic przeciwko osobom różnych orientacji czy osobom o innych poglądach niż moje. Nie warto się moim zdaniem wykłócać, bo ludzie i tak zawsze znajdą sposób, by sobie pewne rzeczy skomplikować, co widać po ostatnich globalnych wydarzeniach.


Do niedawna wydawało mi się, że żyjemy w nowoczesnym społeczeństwie i że mamy już za sobą dzikie czasy pełne przemocy, ale pojawiła się pandemia koronawirusa, a potem zaczęła się wojna na Ukrainie. Ludzie wydają się być nadal skłonni do strasznych rzeczy i ulegać wpływom szaleńca, który rozpoczyna wojnę. Kluczowe wydarzenia dzieją się w sumie na oczach ludzi z tego pokolenia. Były już zamachy terrorystyczne w USA, była pandemia... teraz wojna. Nie jest to optymistyczna perspektywa, ale na co dzień człowiek i tak wypiera te zdarzenia i skupia się głównie na własnej codzienności. Ale mam nadzieję, że świat wróci do równowagi, bo obecnie stanął trochę na głowie. Dziwne czasy. Już nie mówiąc o moich osobistych rozterkach, kiedy to idąc do psychologa z pozytywnym nastawieniem, że otrzymam tam pomoc, spotkałam się z dołującym lekceważeniem. Psycholog nie wiedziała, co ma mi powiedzieć, więc zaśmiała się nerwowo, a potem rzuciła: "skoro pani wie, że trzeba przełamywać lęki, to proszę to wdrażać." Nieprofesjonalne frazesy padające z jej ust rozczarowały mnie, ale to był dopiero początek karuzeli śmiechu.

Na następnym spotkaniu psycholog nie pojawiła się wcale i nie poinformowała mnie, że ma jej nie być. Dopiero na miejscu, w punkcie rejestracji dowiedziałam się, że psycholog nie będzie miała dzisiaj wizyt. Zadzwoniłam potem do tej psycholog, ale ta powiedziała mi, że sama oddzwoni do mnie. Oczywiście nie zrobiła tego. Dobijałam się do niej telefonicznie kilka razy i zapytałam kiedy następne spotkanie. Usłyszałam tylko, że za miesiąc - psycholog nie tłumaczyła się oczywiście z tego, dlaczego ostatnio nie było jej wcale. Widać było, że liczyła, że nie będę próbować się umówić do niej na kolejną wizytę. Przyszłam po tym miesiącu - spotkanie trwało siedem minut. Powiedziała, że powinnam poszukać sobie terapii, na co odpowiedziałam: "Myślałam, że to jest terapia", a psycholog: "Nie, bo tu mam tylko pięć minut na każdego pacjenta. Nie mam czasu na prowadzenie sesji terapeutycznych." Jakoś dla innych ma czas, bo osoba przede mną rozmawiała z tą psycholog przez godzinę i miała normalną sesję. Po prostu dla tej psycholog okazałam się niewygodnym przypadkiem i nie chciała prowadzić mi terapii. Dała mi jakieś numery telefonów do innych terapeutów i tyle. Dawno już nie poczułam się tak zlekceważona. Inną osobę z łatwością mogłoby to dobić, bo pomyślałaby, że skoro nawet psychologowi nie zależy to po co cokolwiek ze sobą robić.



Przyjaciółka czekała na mnie, kiedy byłam na tej wizycie, bo czułam wtedy tak dobrze znany mi lęk, jakbym przeczuwała, że coś może pójść nie tak na tej wizycie. Ale na pewno nie spodziewałam się, że psycholog zupełnie odmówi mi prowadzenia terapii. Nie podeszła do mnie we właściwy sposób, lekceważąc to, że samo pójście na wizytę wymagało ode mnie przełamania się, a ostatecznie i tak okazało się, że spotkania nic nie wniosły. Psycholog od początku robiła wszystko, by się z nich wykręcić. Co to za psycholog, która kieruje się swoimi własnymi uprzedzeniami? Mogła mnie nie polubić, ale to nie powód, by mnie unikać i spławiać. Skoro nie chciała mi pomóc to co robi w tym zawodzie? Nie mam ogólnie zbyt dobrych doświadczeń z psychologami i z tego powodu do tej pory nie przeszłam odpowiedniej terapii w kierunku fobii społecznej, a przecież mogłabym lepiej funkcjonować, potrzebuję tylko odrobiny zrozumienia i nakierunkowania. Niestety w małym mieście psychologowie często są nieprzygotowani na pomoc w takich przypadkach. Dam sobie jeszcze szansę na znalezienie innego psychologa, ale ta sytuacja była mocno zniechęcająca i odnoszę wrażenie, że za mało nagłaśnia się to, że psychologowie mogą mieć nieprofesjonalne podejście do pacjentów a nawet odsyłać ich z kwitkiem. Ta psycholog prowadzi terapię tym pacjentom, którzy są dla niej wygodni. Mi nie starała się okazać zrozumienia. Ale już takie jest życie: nieraz można się rozczarować. Wszystko co mogę zrobić to się nie podłamywać i nie rozpamiętywać, bo trochę czasu już minęło od incydentu z tą psycholog. Czasem panuję nad sytuacją, czasem nie - każdy człowiek czasem w siebie wątpi. Ale mimo wszystko chciałabym od psychologów usłyszeć coś bardziej przydatnego niż "Proszę sobie wypracować brak lęku. Wdrażać to, co wdrażać trzeba". Nie sądzę, by takie porady cokolwiek wnosiły, pozostaje mi tylko westchnąć i przejść nad nimi do porządku dziennego.


Wrzesień, a więc... Harry Potter

Zamówiona. Niedługo dołączy do mojej biblioteczki.

Wrzesień z pewnością wielu osobom kojarzy się z cyklem książek o Harrym Potterze. To we wrześniu zaczyna się rok szkolny, a "Harry Potter" jest przecież serią skupioną wokół nauki w szkole magii - Hogwarcie. Autorka książek o młodym czarodzieju stworzyła świat, który wciąga osoby w każdym wieku. W dzieciństwie nie czytałam wprawdzie "Harrego Pottera", ale nadrobiłam to z czasem i od tamtej pory chętnie wracam do przygód Harrego zarówno w wersji książkowej jak i filmowej. Pierwszy raz z filmem o Harrym miałam styczność w szkole podstawowej przy okazji premiery "Kamienia filozoficznego" w polskich kinach. Wtedy to byłam z klasą w kinie na tym filmie, ale nie zrozumiałam z niego zbyt wiele. Wystraszyła mnie końcowa scena z szachami i Voldemortem z drugą twarzą z tyłu jego głowy. Wtedy mi się nie spodobało, bo historia była dla mnie zbyt straszna i niezrozumiała. Sama z siebie już potem w dzieciństwie nie wciągnęłam się w dalsze przygody Harrego. Dzisiaj cenię te historie za ich niesamowity klimat - pochłania się je w mgnieniu oka dzięki lekkości pióra J.K. Rowling. Przygoda, humor, magia, dramatyzm - to wszystko i więcej można znaleźć w tej serii. Jest to świetna i przystępna fantastyka, więc jej niesłabnący fenomen właściwie nikogo już nie dziwi.


Do tej pory nie miałam własnego wydania Harrego, więc zaczęłam zbierać edycję Ravenclaw w minimalistycznych, niebieskich okładkach. W Polsce jest ona wydawana stopniowo (dopiero dwa pierwsze tomy zostały wydane w tej edycji, a to ten trzeci "Więzień Azkabanu" jest moją ulubioną częścią cyklu). Ma atmosferę tajemnicy i stanowi pewnego rodzaju punkt graniczny w serii, bo to właśnie od "Więźnia Azkabanu" historia staje się mroczniejsza, a uniwersum poszerza się o lubiane przeze mnie wątki Syriusza Blacka czy Remusa Lupina. Dałam się zauroczyć także Lunie Lovegood - jej ekscentryczność, bujanie w obłokach i unikatowy styl szybko mnie do niej przekonały. Luna jest jak powiew świeżego powietrza. Właściwie większość postaci z tej serii jest ciekawie wykreowanych - autorka postarała się, by jej bohaterowie dojrzewali razem z czytelnikami, a z tomu na tom historia stawała się poważniejsza, poruszając uniwersalne tematy dojrzewania, przyjaźni, poświęcenia, ale bez przegadania i moralizatorskiej sztampy. Czy wrócę do tych książek i filmów? Tak i to już niebawem. Dwa pierwsze tomy w edycji Ravenclaw niedługo zagoszczą na mojej półce, a filmy będą powtarzane w telewizji, więc okazja sama się nadarza. Wrześniową fazę na Harrego czas zacząć.  



Ravenclaw to mój ulubiony dom. Co więcej oficjalny test Potterowski wskazał, że należałabym do tego domu w Hogwarcie, więc coś w tym musi być

Kolejne starania


Założyłam trochę profili w internecie, nawet profil z rysunkami, ale nie wiem jak promować swoją twórczość. Nie jest tajemnicą, że pisanie i rysowanie to jedyne zajęcia, które mogłabym przekuć w pracę, ale obawiam się, że wszystko, co wrzucę do internetu, zniknie w jego nieskończonych zasobach i nikt się nawet na to nie natknie. Czuję pustkę, brak spełnienia, żal -  gorzki miks wszystkich tych rzeczy. Nie mogę się nadziwić, że innym się udaje nawet bez wielkich starań, a ja zawsze zostaję  gdzieś z tyłu, z coraz mniejszymi możliwościami zmiany swojej sytuacji. Niby się staram, ale nie nadgonię straconych lat. Straciłam poczucie własnej wartości. Balansuję między załamaniem się a próbami trzymania się w karbach, ale nawet jeśli jeszcze trochę się trzymam, to już ledwo. Przyjaciółka czuje się podobnie - nawet gdy próbujemy się nawzajem podtrzymać na duchu, to i tak widać, że nie ma prostego wyjścia z tej sytuacji ani prostych słów, które powinno się mówić, by poczuć się lepiej.

Zamówiłam trochę książek przez internet - kiedyś czytałam pasjami, a teraz trudno mi się w cokolwiek wciągnąć. Nawet, gdy coś mi się bardzo podoba jak nowo odkryta przeze mnie seria fantasy autorstwa Robin Hobb, to nie czerpię z tego takiej radości, jaką mogłabym czerpać. Czasem trudno mi się przyswaja czytany tekst i mam problemy z koncentracją uwagi. Po prostu nawet, gdy robię rzeczy, które lubię, ciąży nade mną jakiś egzystencjalny niepokój. Widzę, że nie mam jak się dalej rozwinąć i to mnie dobija. Mam ambicje i chciałabym je realizować jak wszyscy. Ale z której strony bym się obejrzała, zawsze natykam się na ścianę. Powiedzieć, że to boli to za mało. Zapomniałam już jak to jest z czegoś naprawdę się cieszyć i śmiać się prawdziwym śmiechem, zamiast wymuszonym. Mogłabym pisać dłużej o tym jak się czuję, ale to nie miejsce i czas na tyle prywaty. I tak sporo już się uzewnętrzniłam.

Refleksje na koniec sierpnia


Nie mogę powiedzieć, że rzeczy układają się po mojej myśli. Często jest dokładnie odwrotnie i dosłownie nic nie jest tak jak być powinno. Płynę z prądem i często bezwolnie poddaję się temu, co dzieje się w moim życiu, bo nie oczekuję, że przybierze ono nieoczekiwanie, samo z siebie inny obrót. Zawsze prowadziłam raczej asekuracyjny tryb życia, na który składały się powtarzalne czynności i jakieś moje smętne przemyślenia. W gimnazjum miałam świetną klasę, więc tam mogłam być sobą, nie bojąc się, że zostanę negatywnie oceniona. Śmiałam się, spontanicznie reagowałam i nikogo to nie dziwiło. Miałam z osobami z klasy masę zabawy: nie było w tej grupie chamstwa, a większość osób się wzajemnie lubiła. Nie było jakiejś wrogości ani nie zdarzały się przykre incydenty. Gimnazjum było więc pozytywnym okresem dla mnie, może poza tym, że problemy z matematyką napsuły mi już wtedy krwi. Mój brak głowy do przedmiotów ścisłych był dla mnie wręcz traumatyzujący - sam widok liczb i podejście do tablicy na matematyce wywoływało we mnie olbrzymi stres. Mało tego, jak tylko lekcja matmy miała się zacząć, ja już umierałam ze strachu. Chodziłam na niezliczone poprawki sprawdzianów, których i tak nie udawało mi się zaliczyć. Najbardziej oczywiście bałam się, że nie zdam do następnej klasy - wtedy to wydawało mi się najgorszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać. Perspektywa zmienia się z czasem - po drodze zadziało się więcej shitu, a jakoś trzeba było przetrwać. Lubiłam moje studia - naprawdę poszerzyły moje horyzonty i poznałam tam osoby, które podzielały moje zainteresowania, ale i ten pozytywny okres musiał się kiedyś skończyć.
Ten imponujący digital art (ten wcześniejszy, czarno-biały też) kojarzy mi się z pogrążonym w smutku Zenardem Sarresem - OC-kiem mojej przyjaciółki, więc pozwoliłam sobie wstawić tutaj tą ilustrację jako uzupełnienie tego, o czym będę pisać.

Przyszła choroba babci i pandemia koronawirusa, co uziemiło mnie w domu. Trudno jest patrzeć jak bliska osoba w wyniku Alzheimera traci swoją tożsamość i poczucie rzeczywistości. Obserwowanie jak babcia z dnia na dzień coraz bardziej się zatracała i stawała się coraz bardziej zależna od opieki rodziny bolało mnie, ale musiałam się z tym zmierzyć. W tym samym czasie, gdy zajmowałam się babcią, miałam jeszcze bardzo silną depresję, więc nawet trudniej było mi zmotywować się do zmiany mojego sposobu myślenia. Wtedy widziałam wszystko w czarnych barwach i trochę takiego pesymizmu zostało mi do teraz, bo czasem brakuje mi zwyczajnie powodów do cieszenia się. Pisanie i rysowanie są dla mnie dobrymi odskoczniami od rzeczywistości - udany rysunek potrafi dać satysfakcję (na chwilę). Chciałabym trochę poszerzyć swój lajf o nowe doświadczenia, ale to wymaga otwarcia się na ludzi, a ja nie umiem tego zrobić. Wiem, że bywam ekscentryczna i nie panuję nad niektórymi swoimi reakcjami np. potrafię się śmiać na tle nerwowym albo rzadko się odzywać. Nie wpasowuję się i dlatego, by oszczędzić sobie stresu, ograniczam interakcje społeczne. Nie wiem tylko jak długo będę w stanie to ciągnąć. Psycholog może mi doradzi, ale póki co moje spotkanie z nią nie odbyło się i muszę czekać kolejny miesiąc na następną wizytę.

Zawsze w swojej klatce... ale widocznie taka jest cena za życie w świecie wyobraźni... 

Wiem, że to może kwestia niefortunnego splotu wypadków, ale i tak czuję się trochę zignorowana. Nigdy zresztą nie miałam poczucia, że moje problemy są w jakikolwiek sposób ważne - często duszę je w sobie, bo nie wiem, co innego mogłabym zrobić. Nie jest łatwo, ale teraz przynajmniej moja depresja jest trochę stłumiona. Nie mam tego natłoku myśli - mogę się jakby wyłączyć i nie zastanawiać się nad tym, czego mi w życiu brakuje. Lepiej zresztą nie odmykać tej furtki - póki co muszę zepchnąć swoje problemy na dno świadomości i starać się nie załamać. Przyjaciółka ma dwie świnki morskie - wczoraj byłam z nią po nie w sklepie zoologicznym. Są słodkie i jeszcze takie malutkie... Rozumiem potrzebę Karoliny, by mieć zwierzaki, bo mi też zawsze budowanie relacji ze zwierzętami przynosiło ulgę w... różnych mentalnych stanach - tak to nazwijmy. Mam depresję właściwie mniej więcej od trzynastego roku życia - nazwijmy rzeczy po imieniu. Nie przystosowałam się też wystarczająco społecznie przez co pojawiła się u mnie social phobia (najmocniej uderzyła po skończeniu liceum). Negatywne doświadczenia wcześniej czy później odbijają się na psychice, ale próbuję sobie racjonalizować swoje problemy. Wiem, że nie na wszystkie z nich mam wpływ i że powinnam trochę pozytywniej myśleć o życiu. Póki co... swój świat, swoje kredki i nie dać się zwariować.