Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hobby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hobby. Pokaż wszystkie posty

Nowe historie moich Simów

Ostatnio testowałam różne opcje w grze "The Sims 4", a co za tym idzie spróbowałam bardziej narracyjnego sposobu rozgrywki. Stworzyłam rodzinę Terrell (przez moją kumpelę zwaną "rodziną ego topów" ze względu na to, że są trochę snobami). Louise Terrell (z domu Keaton) jest specjalistką od social mediów, prowadzi blog w tematyce beauty. Interesuje się kosmetologią i zabiegami spa, z których nie tylko korzysta, ale i sama je wykonuje. Lubi jogę i relaksujące aktywności, a nie znosi gotowania. Na szczęście tą lukę w domu wypełnia jej partner Abel, który z kolei bardzo lubi pichcić. Jest aspirującym stylistą - nic dziwnego, że obeznana w świecie urodowym, Lou, zdobyła jego uwagę.



          
Wszystko wydaje się iść jak po maśle. Para kupuje ładną kuchnię, którą ozdabiają suszonymi kwiatami i ziołami. Oboje prowadzą liczne kluby zainteresowań - on klub fotograficzny, by rozbudować swoje portfolio stylisty, ona spotyka się ze znajomymi na zajęciach jogi, w spa lub na basenie. Na świat przychodzi ich pierwsze dziecko - córka Ursula, która okazuje się bardzo ciekawa świata, energiczna i spostrzegawcza. To ona pierwsza zauważa problemy w związku rodziców, których ci nie są jeszcze świadomi.





Ursula swoim słodkim usposobieniem stara się odmienić dynamikę rodziny - widzi, że Lou i Abel za bardzo skupiają się na samorozwoju, zapominając o budowaniu swojej relacji. Nakładają na siebie zbyt wiele presji, by utrzymać wysokie standardy, które sobie wyznaczyli. Ursula jako nastolatka rozkręca mały biznes cukierniczy i uczy się samodzielnego wytwarzania słodyczy. Wciąga w tą aktywność młodszą siostrę Arię, choć ta jest raczej nieśmiała, skromna i więcej czasu inwestuje w prywatne lekcje gry na pianinie.







Lou i Abel wydają się być na dobrej drodze, by ponownie się do siebie zbliżyć. Pobierają się nawet po przyjściu na świat Arii i ich najmłodszego dziecka - Neila. Jednak w końcu Louise pozwala sobie na bycie bardziej dosadną niż zwykle i robi mężowi wyrzuty. Zbyt intensywny tryb życia i stres wywołany konfliktem z żoną, przedwcześnie odsyłają Abla na tamten świat. Roztrojona emocjonalnie, młoda wdowa poznaje Asheya Henry'ego - czarnoskórego barmana, a owocem ich jednorazowego wyskoku jest mała Flora. Lou jest teraz samotną matką czwórki dzieci - nastoletnich już Ursuli, Arii i Neila (z małżeństwa z Ablem) i Flory (romans z Ashleyem). 


Rip Abel. You will be missed.



Louise lepszy kontakt ma z dziećmi, które nie są aż tak przebojowe - z uzdolnioną muzycznie, ale niepewną siebie Arią i z Neilem, który lubi e-sport i programowanie. Relacja Lou z Ursulą jest nieco bardziej skomplikowana - pani Terrell unika jak ognia tematu cukierniczego biznesu, który próbuje rozkręcić córka i nie lubi gdy Ursula przejmuje stery w domu. Lou obawia się, że najstarsza córka stanie się dominującą osobą w rodzinie. Ursula dużo widzi, wie i głośno wyraża swoje zdanie, co bardzo niepokoi samotną matkę. Dodatkowym wyzwaniem jest wychowanie Flory - jedynego dziecka Louise spoza związku z Ablem.

Dalsze plany, dotyczące rodziny:

Louise bardzo pokłóci się z Ursulą i do pewnego stopnia z Arią za ich zaangażowanie w cukierniczy biznes i próby naruszania ustalonego przez Lou "porządku".

Lou zaszyje się na dłuższy czas w górach Komorebi, gdzie przetestuje wszelkie możliwe zimowo-japońskie aktywności i będzie miała dużo czasu na przemyślenia i zabiegi pielęgnacyjne, które tak lubi. Ursula będzie miała matce za złe te przedłużone wakacje, bo przez ten czas to na nią spadnie doglądanie młodszego rodzeństwa.

Neil zostanie utalentowanym komputerowcem, ale nie pójdzie na studia i będzie przez większość czasu pracował zdalnie, zajmując się hakowaniem na boku. Najlepsze relacje będzie miał z Arią, która, podobnie jak on, jest introwertyczką.

Ursula będzie przełamywać schematy i popychać rodzeństwo do przodu, by to bardziej wierzyło w siebie. W jej ślady pójdzie Flora, która pod jej wpływem stanie się najsprytniejszą i najbardziej zdyscyplinowaną z rodzeństwa. Aria zostanie lekarką, a Flora detektywem śledczym.

Ursula będzie prowadzić cukiernię (czasem będzie pomagać jej Aria) i klub kulinarny, w którym ona
i Aria będą uczyć się wyrabiania nektaru, miksowania drinków, gotowania i pieczenia.

Przynajmniej dwoje z rodzeństwa doczeka się jednego/ dwójki dzieci. W domu pojawią się też przynajmniej dwa koty.

Kilka ujęć cukierni Ursuli "Cotton Candy Wonders":




Myślę, że potencjał gameplayowy w tej rodzinie jest całkiem niezły. Będę musiała porobić więcej screenshotów rodzeństwa, skoro już wybrałam dla nich ciekawe zajęcia i zawody. Koniecznie też muszę zrobić ujęcia z pobytu Lou na zimowo-japońskich wakacjach. Na pewno napiszę, gdy coś ciekawego się jeszcze u nich podzieje.  


18.03.24


Dla wielu osób, również dla mnie, zwierzęta są jednym z niewielu jasnych punktów codzienności. Pomaga mi myśl, że mam zwierzęcych przyjaciół, którymi muszę się zająć, którzy potrzebują mojej uwagi i opieki. Zwierzaki przywiązują się bezwarunkowo, a ich pocieszne zachowania dają choć trochę uśmiechu. Nieprzypadkowo mówi się, że integracja ze zwierzętami jest terapią. Mam świetne zwierzaki - psa, kota, a od 13 marca pod moją opieką znajduje się chomik syryjski. Nie jest to mój pierwszy chomik i z doświadczenia wiem, że każdy taki zwierzaczek ma inny temperament. Ta chomiczka rozbawia mnie tym jak dużo krzyczy. Musi obkrzyczeć każdą nową rzecz, którą zobaczy w swoim otoczeniu. Jest ciekawska i energiczna. Oswajanie jej może samo w sobie okazać się niezłą przygodą. :) Pozostając w temacie zwierząt, w moim mieście planowane jest otwarcie kociej kawiarni - z chęcią bym odwiedziła takie wzbudzające pozytywne emocje miejsce. Na polu zawodowym jest mi trudno - osoby, które mogłyby wskazać mi kierunek, często patrzą na mnie z góry, odsyłają z kwitkiem... Przypomina mi to sytuację z moją psycholog, która obiecywała, że zadzwoni do mnie, a potem ani nie dzwoniła ani nie odbierała telefonów... Nie pojawiała się też na umówionych wizytach. Jako rady podawała nic nie wnoszące frazesy... Byłam wtedy w takim punkcie w życiu, że myślałam, że skoro nawet specjalista nie interesuje się moimi problemami, to rzeczywiście jestem skończona. Skoro każdy mnie tak łatwo przekreśla to problem musi być po mojej stronie - tak wtedy myślałam. Ale przecież samo pójście do psychologa wymaga pewnego przełamania się - człowiek idzie tam z nadzieją, że zostanie zrozumiany i dobrze przyjęty, a gdy tak się nie dzieje, to może okazać się wręcz gwoździem do trumny dla tej osoby. Bo to nie tak, że takie rozczarowanie spotkało mnie raz czy dwa razy. To się powtarza w praktycznie każdej sytuacji, gdy idę gdzieś z nadzieją, że wyniosę z tego coś dobrego.

Niby nie zgorzkniałam z powodu tych rozczarowań, ale na pewno przyczyniły się one do bardzo dużego spadku mojej samooceny. Zatraciłam gdzieś tą zwyczajną, ludzką umiejętność komunikacji - "integrowanie" się z ludźmi wywołuje u mnie stres i lęk. Nie tak to powinno wyglądać, ale moje dotychczasowe doświadczenia z ludźmi utwierdziły mnie w moim braku zaufania do nich i w lękowych reakcjach. Jeśli chodzi o odskocznie od "życia", gram nadal w "Genshin Impact" - pozycję, o której pisałam na blogu poprzednim razem. Podoba mi się swoboda eksploracji w tej grze - wszystko można w niej robić bez pośpiechu, skupić się na tych elementach rozgrywki, które w danym momencie są dla nas wciągające... Rzadko, bo rzadko, ale można też wylosować w Genshinie nowe, potężne postaci. Ja bardzo liczę, że uda mi się dostać Furinę, bo wyjątkowo spodobał mi się jej design i dramatyczna otoczka wokół tej bohaterki.

Furina jest inspirowana Marią Antoniną - tą skazaną na zgubę władczynią, która żyła w przepychu, miała wytworne towarzystwo i bogactwa na wyciągnięcie ręki, a jednak była samotna i musiała zmagać się z miażdżącym ciężarem władzy. Furina posiada podobne wątki - samotności i tego, że zmuszona jest odgrywać rolę. Kiedy schodzi ze "sceny" zostaje jej już tylko izolacja i poczucie niezrozumienia. Myślę, że im bardziej zagłębię się w historię Furiny, tym bardziej będzie ona do mnie przemawiać. W dodatku ta postać pochodzi z Fontaine - krainy inspirowanej Francją. Nie na co dzień ma się możliwość zagrania Furiną aka Marią Antoniną. :) To jest jedna z tych postaci, którą naprawdę chcę mieć w swojej grze. Twórcy Genshina stworzyli także grę "Honkai Star Rail", w której, podobnie jak w Genshinie, można wylosowywać i rozwijać postaci. Jest to pozycja z mechaniką walki turowej. W grze zwiedza się różne planety kosmicznym ekspresem. Mam tą grę na oku już od pewnego czasu - na pewno pogram więcej, chociaż trochę szkoda, że nie ma ona trybu kooperacji. Przez to nie mogę zagrać w nią z kumpelą, a w Genshinie jednak możemy razem przemierzać obszerne otwarte lokacje i wspólnie walczyć z przeciwnikami. Jednak Honkai ma nad Genshinem tą sporą przewagę, że gracz dostaje więcej nagród i możliwości zdobycia pięciogwiazdkowych postaci. Teraz zbliża się rocznica "Honkaia" i za otrzymane w grze bonusy będę mogła dostać Luochę - długowłosego blondyna, healera o specyficznym charakterze (dość powiedzieć, że nosi ze sobą trumnę), który też od początku mi się podobał. Było mi szkoda, że kumpela miała go w swojej grze, a ja nie. :)

Kumpela i tak teraz jest skupiona na tym, by dołączyć do swojej drużyny Aventurine - nowego ikemena z Honkaia. Zgromadziła ponad dwieście biletów na losowanie po tą postać. Dedicated one, I can tell. ;) Aventurine jest tragiczną postacią, pozbawioną wolności, o trudnym dzieciństwie. Przez swoje doświadczenia pozbył się zahamowań - hazard i nieliczenie się z własnym bezpieczeństwem czy życiem to dla niego chleb powszedni. Chlubi się bogactwem, ale tak naprawdę jest niewolnikiem pewnej organizacji, o czym świadczy tatuaż na jego szyi. Spotyka się z deskryminacją ze strony takich postaci jak Sparkle, która jest bardzo hajpowana przez fandom, ale nie przekonała ani mnie ani mojej przyjaciółki. Sparkle kieruje się uprzedzeniami (ocenia kogoś tylko po tym, skąd pochodzi) i chyba reprezentuje typ postaci yandere, nie jestem pewna. W każdym razie to, co przyciąga mnie do Genshina i Honkaia to z pewnością design postaci, system walki oraz mechaniki rozgrywki. Postaci są w większości atrakcyjne, z płynnymi animacjami w stylu anime i mam przynajmniej kilka takich, które chciałabym wylosować. Na ten moment w Genshinie najbardziej chciałabym Furinę i jakąś postać z żywiołu Dendro jak Kaveh, Tighnari, Alhaitham czy Nahida. Mam już jednego z moich ulubieńców - Ayato, a Navia i Yae Miko wylosowały mi się trochę z przypadku, ale skoro chciały przyjść, to jak najbardziej nimi gram. :) Miko lubię za jej design (ładne kimono, sakury, motywy jelenia) i za skillset (przydatne electro moce), trochę mniej za osobowość, ale nie drażni mnie, raczej jest neutralna więc może zostać :) A nawet musi zostać, bo pięciogwiazdkowe "pokemony" są rzadkie i cenne w tej grze. Chciałabym jednak też przystojnych facetów - Alhaitham z charakteru jest dosłownie jak główny OC mojej kumpeli - tak samo introwertyczny, specyficzny i charyzmatyczny. :) Zasada jest jedna: lubisz Zenarda to znaczy, że lubisz wszystkich Zenkopodobnych panów. Do tej pory ta zasada sprawdza się aż za bardzo. :)

Ostatni wątek, który chcę poruszyć w tym wpisie to moje poboczne postaci z opowiadań. Moje główne postaci dostały całe osobne wpisy ze zgromadzonymi o nich informacjami w formie tabelek i wywiadów. Pobocznym bohaterom też należy się chociażby wzmianka. Zacznę od Zyli, ekscentrycznej staruszki, która zadebiutowała w moim opowiadaniu o krainie Ionu. Zyla jest upadłą artystokratką, która poróżniła się ze swoją siostrą - Leryn. Gilmor przyjmuje kobietę pod swój dach pod pretekstem, by ta była jego służącą, ale tak naprawdę traktuje ją jak członka rodziny. Zyla wkrótce spotyka swoją niewidzianą od lat siostrzenicę - Latreę i od tej pory stale doradza jej w kwestii związków. Zyla jest bardzo specyficzna, może trochę irytować, ale to taki kolorowy ptak. Chciałam stworzyć postać, która nie liczy się z opiniami innych, która jest bezpośrednia i pełna energii, pomimo swojego zaawansowanego wieku. Może z tym jej autorytetem i siłą charakteru przypomina mi trochę moją babcię przed chorobą i dlatego tak ciepło myślę o Zyli?

W każdym razie chciałam stworzyć taką postać i podkreślić jak jest zżyta z Latreą i Gilmorem. Poza tym kto nie chciałby nie przejmować się tym, co pomyślą o nim inni? :) Pora brać w tym aspekcie przykład z energicznej, bezkompromisowej Zyli. Latrea też nie daje sobie wcisnąć kitu - widać, że ognisty charakter ma po ciotce. :) Leticia to kolejna postać, którą po raz pierwszy wprowadziłam w opowiadaniu o Ionie. Jest rudowłosą, bardzo szczupłą, garbiącą się, zaszczutą dziewczyną, która jest takim archetypem "zbuntowanej nastolatki". W Ionie Sorena jest dla niej jak matka - zaopiekowała się nią po tym jak Leticia odeszła od swoich przybranych rodziców. Jednak Leticia buntuje się, bo Sorena nałożyła jej magiczną pieczęć, przez co dała Leticii pewne zobowiązania. Leticia przechodzi przez różne etapy buntu. Bardzo dużo miesza w relacjach innych postaci, ale tak naprawdę chciałaby po prostu zwrócić na siebie uwagę. Lubi przyrodę, ma swój wewnętrzny świat... Ważne dla jej charakterystyki jest to, że nieszczęśliwie zakochuje się w starszym od siebie mężczyźnie (w Ionie był to Zenard, ale od pewnego czasu myślę jak pokazać jej ship z Rauvenem, który też jest starszy od Leticii).

Rauven zaledwie pojawił się w moim opowiadaniu z uniwersum "Ikemen Prince" - nie wiem ile miejsca dostanie w tym story, ale to, co mogę powiedzieć już teraz to to, że jego postać stanowi klucz do zrozumienia historii Sariela Noira w tamtym opowiadaniu i że shipuję go z rudzielcem Leticią. Rauven Cadell ma ciemnorude włosy, złote oczy, a jego stroje są inspirowane stylistyką steampunk. Kiedy już skończę opowiadanie z "Ikemen Prince", będę mogła sobie powiedzieć, że sprostałam zadaniu, że rozwinęłam trochę bardziej swoje zainteresowanie pisaniem, ale to opowiadanie jest jednym z ambitniejszych, jakie wzięłam sobie na głowę. Ma dużo intryg, wiele postaci i muszę jakoś to sobie poukładać, by nie posiadało za wiele dygresji tylko płynnie pokazywało te liczne wątki i perspektywy różnych postaci. Tymczasem Smażonek w najlepsze przesypia najbardziej intensywną część fabuły, haha. Ok, wiem, że w tym opowiadaniu on jest w śpiączce, ale i tak ten kontekst jest trochę zabawny. O niektórych rzeczach nie mogłabym napisać, mimo że były gdzieś tam moim pierwszym pomysłem na poprowadzenie fabuły. Mam tu na myśli to, że po tym jak Zenard wybudziłby Eichiiego z komy przy użyciu swoich mocy, życie Zenarda nienaturalnie by się wydłużyło, a życie Amamiyi uległoby dużemu skróceniu. Chciałam taki wątek wprowadzić, ale następnego dnia - uderzona niespodziewanie nachodzącymi mnie smutnymi wspomnieniami i problemami zdrowotnymi już nie byłam taka mocna (hehe) i rozkleiłam się myśląc o tym, że miałabym napisać coś tak bolesnego i w gruncie rzeczy, odnoszącego się do mojego życia.

To jednak prawda, że nie da się oddzielić spisywanej historii od osobistego doświadczenia i okazało się, że w tamtym momencie absolutnie nie byłam gotowa na napisanie tego wątku. Samo myślenie o tym było dla mnie bolesne i moja kumpela też odebrała to w podobny sposób. Słowo pisane jednak oddziałuje bardziej niż początkowo myślimy. Myślę sobie "A tam, to przecież tylko opko", a tu się okazuje, że jednak niektóre wątki naprawdę oddziałują i nie powinno się ich podejmować pochopnie. Fabuła i zakończenie opowiadania o Ionie też było testem mojej wrażliwości, ale uważam tamtą historię za udaną i wyważoną. To opowiadanie miało gęsty dramat, miało to, co potrzebne, bez konieczności skracania Eichiiemu życia, heh. Na marginesie, Eichii stał się komfortową postacią mojej przyjaciółki - ona nakierowała mnie, bym dała mu taki, a nie inny charakter i nie spisała go na straty, za co jestem wdzięczna. Na tym dzisiaj zakończymy. Ten wpis porusza i tak sporo różnych wątków, więc trudno byłoby go podsumować. Mam nadzieję, że kolejna nota niedługo się wysmaży. :)

Wpis wspominkowy - Witch i mangi

Pomyślałam, że stworzę jeszcze jeden wpis z rodzaju tych bardziej pamiętnikowych. Zawsze chciałam prowadzić pamiętnik, ale szybko się zniechęcałam, bo uważałam, że mój charakter pisma jest niewystarczająco staranny a tematy, które podejmuję - zbyt błahe. Ten blog jest dla mnie pewnego rodzaju zamiennikiem pamiętnika - może nie o wszystkim piszę tutaj wprost, ale nawet taka namiastka dziennika może być dla mnie za jakiś czas ciekawą pamiątką. Będę wracać do tych wpisów, by zobaczyć czym się interesowałam i jak sobie radziłam. Jako dziecko, a później nastolatka nieraz zaczynałam pisać pamiętnik, ale za dużo skreślałam, wyrywałam strony, nie zawsze też wiedziałam o czym pisać... Bywało, że już po zapisaniu kilku stron traciłam cierpliwość i taki notes wcześniej czy później lądował w koszu. Zbytni perfekcjonizm prowadził do tego, że wyrzucałam swoje zapiski i rysunki. Teraz wiem, że nie powinnam była aż tak się spinać, bo i tak nie ma czegoś takiego jak "modelowo" prowadzony dziennik albo szkicownik. Może tak bardzo się frustruję, bo chciałabym, żeby przynajmniej ta artystyczna przestrzeń, w której wyrażam siebie, była dopięta na ostatni guzik, skoro kuleję w innych aspektach życia? Czasem jest mi ciężko - nawet moje zainteresowania, które powinny sprawiać mi przyjemność, wysysają ze mnie energię. Chcę coś napisać albo narysować, ale równie szybko się zniechęcam i zakładam, że nie wyjdzie to tak jak sobie wyobrażałam. Chyba od zawsze po prostu brakuje mi siły przebicia - w dzieciństwie byłam gnębiona w poważnym stopniu przez rówieśników ze szkoły. Wypierałam to przez długi czas, jakbym uznała po prostu, że tak musi być.

Uciekałam do świata swoich zainteresowań: po lekcjach jakby nigdy nic pisałam, oglądałam swoje ulubione kreskówki... ale, wcześniej czy później, tłumione lęki musiały wyjść na powierzchnię. Im starsza byłam tym wyraźniej dostrzegałam, że różnię się od innych, że popadam w izolację... W gimnazjum miałam bardzo fajną klasę i tam byłam najbardziej spontaniczną i otwartą wersją siebie. Dużo się śmiałam, mimo problemów z przedmiotami ścisłymi, które to kłopoty wtedy wydawały mi się sprawą życia i śmierci. W liceum miałam neutralną klasę: ani dobrą ani złą - raz było lepiej, raz gorzej. Są osoby, które wspominam bardzo ciepło, mimo że same miały problemy z kontrolowaniem emocji jak moja ówczesna sympatia albo koleżanki które rywalizowały o moją uwagę... Było tego trochę. Szkoła to bardzo specyficzny czas w życiu większości ludzi. Na pewno działo się wtedy więcej w moim życiu niż obecnie - cóż, miałam wtedy przynajmniej jakieś bodźce i wyzwania przed sobą.

Miałam taki kalendarz. Przypomniałam sobie o tym, gdy moja kumpela znalazła swój. Miałam dużo komiksów i gadżetów z "Witch"
 
Dobrze wspominam osoby, z którymi spędzałam czas, babcię która odbierała mnie w podstawówce ze szkoły i kupowała dla mnie czasopismo "Witch" w kiosku po drodze do domu... Szkolne wycieczki też były przyjemne, potem gdy byłam już starsza i zdałam maturę miałam duży powód, by się ucieszyć. Wtedy wierzyłam, że pokonałam na dobre swój problem z matematyką i że otwierają się przede mną jakiekolwiek możliwości. Chciałam studiować polonistykę i ewentualnie poszłam na te studia. Skończyłam je. A teraz... wolałabym mieć trochę więcej wsparcia i powodów, by otworzyć się na ludzi. Czasem zastanawiam się jakby to było, gdyby moje znajomości ze szkoły albo ze studiów utrzymały się do tej pory. Po drodze zaliczyłam warsztaty kreatywne, kilka staży w biurze... Nie pokierowały mnie w życiu, ale być może (tylko być może)  lepsze to niż nic. Jest parę rzeczy z mojego dzieciństwa i wieku nastoletniego, które darzę dużą nostalgią, między innymi włoski komiks "Witch" o nastoletnich czarodziejkach. Do tej pory pamiętam tą fabułę, imiona postaci i to, że chciałam rysować w takiej kresce. Miałam kalendarze, karteczki i gadżety z tej serii. Z bohaterek najbardziej lubiłam Will bo była nieśmiała, a mimo to była liderką grupy (była główną bohaterką, więc jej wątki były zazwyczaj najciekawsze, najbardziej rozbudowane) oraz Hay Lin - optymistyczną Chinkę, która chodziła z głową w chmurach, rysowała i sama projektowała sobie ubrania. W komiksach "Witch" podobało mi się, że bohaterki miały swoje przyziemne nastoletnie problemy z chłopakami i rodzicami, a przy tym były potężnymi strażniczkami żywiołów i miały obowiązki czarodziejek.

W "Sailor Moon" ("Czarodziejce z Księżyca")
występowały silne bohaterki o zróżnicowanych charakterach.
Styl graficzny serii i wątki "magical girls" podobały mi się,
gdy miałam te czternaście lat.

Taki miks motywów obyczajowych i fantastycznych to coś, co lubię do tej pory, chociaż już w historiach dla dorosłych. Widzę z perspektywy czasu dlaczego tak uwielbiałam "Witch" i dlaczego zbierałam wszystko, co z nimi związane. Lubiłam też Atomówki, bo były nieco surrealistyczną opowieścią o superbohaterkach - w kreskówce można było znaleźć dużo specyficznego humoru. Potem, mając te czternaście-piętnaście lat, zaczęłam oglądać trochę anime, chociaż wtedy jeszcze niewiele. Zaczynałam od "Sailor Moon" i "Inuyashy". Ogółem podoba mi się kreska w mangach i anime, ale samych serii przeczytałam/ oglądałam niewiele. Lubię anime studia Ghibli, bo to już klasyki, a ich animacja jest pełna wyobraźni i ambitnego artystycznego przekazu. Lubię parę komiksów, skupionych wokół roli kobiet w społeczeństwie jak historyczna "Róża Wersalu" czy "Fushigi Yuugi" - trochę głupkowaty i przeładowany po brzegi patosem, ale klasyczny już twór o bohaterce, która trafia do starożytnych Chin i ma tam swój harem ikemenów. "Yona w Blasku Świtu" jest lepszym fantasy tego typu, z bohaterką i jej haremem przystojnych strażników, ale nie przeczytałam całości. Jest nawet polskie wydanie tej mangi.
Kikyo z "Inuyashy". Innych irytowała, 
ale ja wczułam się w jej losy. Lubiłam tą postać.
W "Inuyashy" jest cała plejada barwnych postaci.
Jest z czego wybierać.

Czy lubię komiksy? Tak, ale częściej sięgam po książki, bo zazwyczaj mają mniej tomów, dzięki temu są przystępniejsze. Przyznaję, że bywam wybrednym czytelnikiem: jeśli dana pozycja nie wciągnie mnie niemal natychmiastowo, mogę już do niej nie wrócić. Tak mam, zwłaszcza ostatnio, odkąd moja podzielność uwagi jeszcze się skróciła przez depresję i przez całokształt nędzy i rozpaczy. Cóż, to tylko czarny humor, może nie powinnam używać słów "nędza" i "rozpacz" obok siebie. :) Lepiej zachować odrobinę pogody ducha, nawet gdy nie ma się znowu tak wiele od życia.

Letnie rozkminy


Lato upływa mi pod znakiem remontu i nowych odkryć o samej sobie. Zrobiłam research i wiele wskazuje na to, że mogę mieć pewien rodzaj autyzmu. Przejawia się w tym, że mam wąski zakres specyficznych zainteresowań, że działam według powtarzalnych schematów i mam trudności komunikacyjne. Nie umiem podtrzymać rozmowy, jeśli nie dotyczy tego ona tego, czym się interesuję. Często też jestem spięta w towarzystwie, mam zaburzenia lękowe na punkcie tego, że mogę się ośmieszyć przed innymi przez swoje nieadekwatne zachowanie. Już w dzieciństwie bujałam w obłokach i byłam raczej bierna w kontaktach z innymi, co sprawiało, że rówieśnicy łatwo znajdowali powody, by zrobić ze mnie popychadło. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że odstaję od reszty. Nauczyciele myśleli po prostu, że jestem nieśmiała, ale teraz z perspektywy czasu widzę, że już wtedy miałam trudności społeczne, niekoniecznie wynikające z nieśmiałości. W gimnazjum pozwoliłam sobie na więcej luzu, częściej się śmiałam, bo miałam fajną klasę. Do tej pory jestem ekscentryczna, jednak zamknęłam się w sobie. W niektórych dziedzinach dobrze sobie radzę, ale tymi dziedzinami z pewnością nie są kontakty międzyludzkie ani nauki ścisłe. Mam dyskalkulię i jakakolwiek styczność z liczeniem to dla mnie koszmar. Chciałabym pozbyć się przynajmniej części swoich barier, ale mam różne problemy zdrowotne, które mnie czasem przerastają. Ok, to była ta część pamiętnika, w której się żalę, teraz czas na lżejszą część. Napiszę o kilku lubianych przeze mnie książkach o tematyce azjatyckiej.

 

"Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz"
Lisy See - ta książka przedstawia losy dwóch przyjaciółek, które starają się podtrzymać łączącą je więź, mimo opresyjnej kultury, w której dorastają. Aranżowane małżeństwa czy okaleczające rytuały krępowania stóp nie są w świecie tej powieści niczym niezwykłym. Powieść ta przybliża czytelnikowi tradycje dawnych Chin. "Kwiat Śniegu i Sekretny Wachlarz" to naprawdę poruszający, wciągający od pierwszych stron dramat obyczajowy. Lubię też inne książki tej autorki z fabułą osadzoną w Chinach: "Dziewczęta z Szanghaju" czy "Marzenia Joy".

"Saga rodu Otori"
Lian Hearn - do sagi należą następujące powieści: "Po słowiczej podłodze", "Na posłaniu z trawy", "W blasku księżyca", "Krzyk czapli" i "Sieć niebios". Akcja książek rozgrywa się na fikcyjnej wyspie Trzy Krainy, w epoce japońskiego feudalizmu. Saga opisuje przygody chłopca imieniem Takeo, który jako jedyny ocalał najazd na wioskę Mino i trafia pod opiekę swojego wybawcy, Shigeru, władcy rodu Otori. Losy Takeo splatają się z losami Kaede - zakładniczki w zamku. Książki napisane są barwnym, plastycznym językiem. Zachowują klimat Japonii i element fantastyczny. Chętnie do nich wrócę.



"Shogun" Jamesa Clavella - zarówno książka jak i serial to już klasyka literatury / filmu przygodowego. W tej historii śledzimy przygody rozbitka Johna Blackthorne'a, który ląduje w Japonii, gdzie musi przywyknąć do tamtejszej kultury i zbudować swój wizerunek wśród miejscowych ludzi. Blackthorne ma jednak wielu wrogów, a rodzące się uczucie do tłumaczki imieniem Mariko okazuje się trudne i słodko-gorzkie dla nich obojga. Książka ma ponad tysiąc stron, ale nie odczuwa się tego podczas lektury. Można z niej wiele dowiedzieć się na temat Japonii. "Shogun" to rozrywka na długie godziny. Byłam pod wrażeniem rozmachu i wielowątkowości tej książki.

"Piórko na wietrze" Emily Wu - poruszająca, napisana na faktach książka. Opowiada historię dziewczynki, której rodzina jest piętnowana za poglądy polityczne. Dziewczynka wychowuje się w czasach rewolucji kulturalnej, w Chinach lat '60. W książce pojawia się wiele przykładów łamania praw człowieka. Bohaterowie przeżywają biedę i rozłąkę z bliskimi. Muszą ukrywać swoje prawdziwe myśli i emocje, jeśli chcą przetrwać reżim i fanatyzm bezwzględnego rządu. Mocna rzecz.
 

"Wyznania gejszy" Arthura Goldena - zarówno książka jak i film to porządny dramat obyczajowy. Główna bohaterka - Sayuri próbuje odnaleźć się w świecie, w którym miłość jest albo zakazana albo jest tylko iluzją, tworzoną dzięki rytuałom wykonywanym przez gejsze. Tu pozwolę sobie wstawić wymowny cytat z tej książki: "Nasz świat jest tylko falą w wielkim oceanie życia. Triumfy i cierpienia nawet najczarniejsze z czasem bledną niczym lawowane rozwodnionym tuszem na papierze".

Chcę przy okazji przeczytać więcej książek na temat Azji i Japonii. Na pewno temat książek i filmów powróci na moim blogu niejednokrotnie. Na dzisiaj to już wszystko. :)





Wrzesień, a więc... Harry Potter

Zamówiona. Niedługo dołączy do mojej biblioteczki.

Wrzesień z pewnością wielu osobom kojarzy się z cyklem książek o Harrym Potterze. To we wrześniu zaczyna się rok szkolny, a "Harry Potter" jest przecież serią skupioną wokół nauki w szkole magii - Hogwarcie. Autorka książek o młodym czarodzieju stworzyła świat, który wciąga osoby w każdym wieku. W dzieciństwie nie czytałam wprawdzie "Harrego Pottera", ale nadrobiłam to z czasem i od tamtej pory chętnie wracam do przygód Harrego zarówno w wersji książkowej jak i filmowej. Pierwszy raz z filmem o Harrym miałam styczność w szkole podstawowej przy okazji premiery "Kamienia filozoficznego" w polskich kinach. Wtedy to byłam z klasą w kinie na tym filmie, ale nie zrozumiałam z niego zbyt wiele. Wystraszyła mnie końcowa scena z szachami i Voldemortem z drugą twarzą z tyłu jego głowy. Wtedy mi się nie spodobało, bo historia była dla mnie zbyt straszna i niezrozumiała. Sama z siebie już potem w dzieciństwie nie wciągnęłam się w dalsze przygody Harrego. Dzisiaj cenię te historie za ich niesamowity klimat - pochłania się je w mgnieniu oka dzięki lekkości pióra J.K. Rowling. Przygoda, humor, magia, dramatyzm - to wszystko i więcej można znaleźć w tej serii. Jest to świetna i przystępna fantastyka, więc jej niesłabnący fenomen właściwie nikogo już nie dziwi.


Do tej pory nie miałam własnego wydania Harrego, więc zaczęłam zbierać edycję Ravenclaw w minimalistycznych, niebieskich okładkach. W Polsce jest ona wydawana stopniowo (dopiero dwa pierwsze tomy zostały wydane w tej edycji, a to ten trzeci "Więzień Azkabanu" jest moją ulubioną częścią cyklu). Ma atmosferę tajemnicy i stanowi pewnego rodzaju punkt graniczny w serii, bo to właśnie od "Więźnia Azkabanu" historia staje się mroczniejsza, a uniwersum poszerza się o lubiane przeze mnie wątki Syriusza Blacka czy Remusa Lupina. Dałam się zauroczyć także Lunie Lovegood - jej ekscentryczność, bujanie w obłokach i unikatowy styl szybko mnie do niej przekonały. Luna jest jak powiew świeżego powietrza. Właściwie większość postaci z tej serii jest ciekawie wykreowanych - autorka postarała się, by jej bohaterowie dojrzewali razem z czytelnikami, a z tomu na tom historia stawała się poważniejsza, poruszając uniwersalne tematy dojrzewania, przyjaźni, poświęcenia, ale bez przegadania i moralizatorskiej sztampy. Czy wrócę do tych książek i filmów? Tak i to już niebawem. Dwa pierwsze tomy w edycji Ravenclaw niedługo zagoszczą na mojej półce, a filmy będą powtarzane w telewizji, więc okazja sama się nadarza. Wrześniową fazę na Harrego czas zacząć.  



Ravenclaw to mój ulubiony dom. Co więcej oficjalny test Potterowski wskazał, że należałabym do tego domu w Hogwarcie, więc coś w tym musi być

Fanfiki - analiza

Pisanie tej notki wiąże się dla mnie z pewnymi utrudnieniami, bo mój laptop jest w naprawie już od niemal miesiąca. Mimo to pożyczyłam tableta i piszę. Trzeba sobie jakoś radzić, bo jelon sam się nie napoi i nie nakarmi. Jelon to ten blog, gdyby ktoś nie wiedział. :) Dzisiaj pozwolę sobie na skomentowanie czegoś, czego odbiorcą jestem już od dawna, a mianowicie: czytam na bieżąco opowiadania mojej przyjaciółki, dlatego pomyślałam, że byłoby ciekawie stworzyć wpis z moimi przemyśleniami o jej twórczości. Przejrzysta notka, wszystko w jednym miejscu, żebyśmy mogły w każdej chwili sobie zajrzeć do tych rozważań okołoopkowych. Niektóre opowiadania Karoliny liczą już sobie kilkaset stron i nadal są kontynuowane. Karolina w swojej twórczości zdecydowanie nie szuka dróg na skróty. Wyraźnie lubi pisać długie teksty, skupiające się na psychice i emocjach bohaterów. Postaci z jej opowiadań często zostają postawione w dramatycznych sytuacjach. Utwory uwzględniają niewygodne i kontrowersyjne tematy. Przykładem mogą być wątki, gdzie ex danego bohatera nadal się z tym bohaterem przyjaźni, a nawet poświęca się dla niego do granic. Z oczywistych względów jest to trudna i gorzka relacja. Jedna strona daje z siebie wszystko i przywiązuje się do tego stopnia, że wyniszcza siebie, podczas gdy ex jak to ex - ma już inne sprawy. Inna kontrowersja dotyczy tego, że bohaterowie w opowiadaniach Karoliny często ranią się nawzajem, nawet gdy im na sobie zależy. Mają swoje problemy, często naprawdę poważne, przez co czytelnik przejmuje się ich losami.  Postaci i interakcje między nimi wypadają autentycznie.

Pozwolę sobie zilustrować ten post
komfortowym artem. Postać trochę Sorenkowa. 

    Wolę, by bohaterowie byli niejednoznaczni i problematyczni jak w tych opowiadaniach niż gdyby mieli być na siłę ugrzeczniani, trzymający się utartych schematów.  Nawet gdy do fabuł fanfików wkrada się odrobina chaotyczności, Karolina dokłada starań, by w kolejnych rozdziałach naprostować przekombinowane wątki. Zawiera też w swojej twórczości błyskotliwe dialogi i zaskakujące zwroty akcji (ach, te cliffhangery wzmagające jeszcze moja ciekawość, co stanie się dalej). Podoba mi się także, że Karola ukazując zachowania bohaterów i ich rozmowy podkreśla różnice w ich charakterach. Każda postać, nawet poboczna, ma coś ciekawego do powiedzenia, robi to w specyficzny dla siebie sposób i wnosi sporo do fabuły. W opowiadaniach nie brakuje też elementów fanserwisu w postaci shipów, hermetycznych memów i odniesień, co stanowi dodatkowy smaczek. Opowiadania te są klimatyczne, przynoszą komfort, ale też smutek przez to, że są życiowe i zawierają spory ładunek emocjonalny. W opowiadaniach występują postaci załamane i aspołeczne, które budują swoje  związki i nadzieje właściwie na gruzach tego, co im pozostało. Wątki psychologiczne jak borderline - osobowość z pogranicza i traumy, które dotknęły Zenarda są podparte solidnym researchem. Karolina nie idzie na żadne kompromisy w kwestii jakości swoich tekstów.

Przykładem może być story, w którym głównym wątkiem jest związek Zenarda i Soreny. To opowiadanie otwiera kapitalna scena, w której Zen zrywa z dziewczyną, dowiedziawszy się o jej nieszczerości. Zenard wybiera nieoczywisty sposób na zakończenie związku, dając niczego niepodejrzewającej kobiecie bukiet. Jej zadowolenie nie trwa długo, bo Zenard postanawia dołączyć do kwiatów karteczkę z dosadnym przekazem. Ta jedna scena od początku ukazuje bezpośredniość Zenarda i to, że nie owija on w bawełnę. To dynamiczny wstęp, który sprawia, że czytelnik chce dowiedzieć się więcej na temat specyficznego, bezkompromisowego bohatera, którym Zenard bez wątpienia jest. W tym opowiadaniu Zenard jako weterynarz pomaga choremu kotu Soreny. Ona pomaga mężczyźnie, gdy ten słabnie przeciążony pracą i z powodu nieuniknionego kryzysu emocjonalnego, wywołanego rozstaniem z jego wieloletnim partnerem - Artewosem. Sorena i Zenard często sobie nawzajem pomagają w nagłych przypadkach i, chcąc nie chcąc, coraz lepiej się poznają. Mimo że, początkowo nie mają o sobie nawzajem dobrej opinii, ich ścieżki wciąż się krzyżują i na jaw wychodzą kolejne fakty z życia Zena, których ten wolałby nie ujawniać. Ciepłe momenty przeplatane są bardziej dramatycznymi wątkami - Zenard nie radzi sobie z rozstaniem, a nawet, gdy jeszcze był w związku, przejawiał autodestrukcyjne zachowania. Sorena zajęta swoim idolem cosplayerem nie do końca zdaje sobie sprawę z rozmiaru problemów Zenarda. Sama póki co wciąż spotyka się z Eichiim, a Zen musi pożegnać Artewosa z powodu braku akceptacji dla tego związku ze strony rodziców tego drugiego.

Jeszcze ten kotek... Sorena ma w swoim kanonicznym story kota Fukushimę. 

Opowiadanie jest przyjemne w odbiorze, chociaż często przebija przez nie smutny nastrój i przekaz, że nawet zyskując nową relację, coś wcześniej trzeba utracić. Zenard jest postacią z bagażem doświadczeń i upłynie zapewne sporo czasu, zanim otworzy się przed Soreną. Miłym dodatkiem jest obecność moich OC-ków w tym opowiadaniu: Gilmora, Zyli i Latrei. Zyla jako poboczna postać wypada tu bardzo dobrze - jest ekscentryczną staruszką, próbującą swatać bohaterów i pchnąć ich do działania. Gilmor i Latrea we współczesnym otoczeniu wypadają zabawnie, tym bardziej, że oryginalnie byli bohaterami sagi fantasy. Takich smaczków i nawiązań w opowiadaniach Karoliny można znaleźć na pęczki. Na przestrzeni kolejnych rozdziałów szlifuje ona swój warsztat i jest duża różnica w lekkości pióra między jej wcześniejszym sposobem pisania, a tym co jest teraz. Niesławny Shokudaikiri z początku jej najdłuższego fanfika, który siedział w dresie na gałęzi podczas upałów i rozważał lekkość bytu to już pieśń przeszłości. I dobrze. To, co pisze Karolina obecnie, jest bogatsze, ma więcej głębi, a wielowątkowość jej opowiadań rzadko prowadzi do chaosu. W 90 procentach prowadzi do świetnych historii, ale tym, co najbardziej podbija wartość tych opowiadań są zdecydowanie postacie. Zenard Sarres - główny bohater jej opowiadań to człowiek orkiestra. Postać na tyle złożona i kompletna, że trudno przejść obok niej obojętnie. Gdyby to była randomowa postać z jakiejś losowej serii to może trudniej by mu było mnie do siebie przekonać, ale ponieważ znam kulisy powstania Zena, to nie mogę nie docenić tego, że jest akurat taki. To prawda, jest dramatyczny, ma zaburzenia przywiązania i cały szereg różnych problemów. Ale jeśli już się o kogoś troszczy, to robi to całym sobą. Jest odporny na ciosy, które otrzymuje od życia, ale to nie pozbawia go wrażliwości. Jego emocje bywają skrajne, bo albo kocha albo nienawidzi, bez pośrednich stanów. Wydaje mi się, że koncepcje kryjące się za jego postacią są naprawdę ciekawe.


Bardzo wiele wątków pasuje do takiego bohatera. Jest sarkastyczny i próbuje maskować swoje problemy za pomocą czarnego humoru. To na tyle wielowarstwowy bohater, że zawsze zaskakuje czymś nowym - nie jest statyczny, a miotany wieloma skrajnościami, co zwiększa jego potencjał fabularny. Jego autodestrukcyjne tendencje, biseksualność, a nawet posiadanie altera plasują go w czołówce najbardziej edgy postaci, jakie znam. Alter Zenarda jest nieco bardziej towarzyski, ale też przejmuje życie Zena poza jego świadomością, co samo w sobie może być sporym problemem. Zenard to postać zbudowana według dualnego motywu, oparta na podwójnościach. Jak to uzasadnić? Wystarczy zauważyć, że ma podwójną osobowość, podwójne preferencje związkowe jako bi, dwa główne stany nastroju: poczucie, że jest od innych lepszy lub poczucie że osiągnął dno (co jest spowodowane przez jego borderline). Jego dualność sięga nawet dalej: jego oczy są dwukolorowe, dominujące w jego stylu kolory też można wyróżnić dwa: niebieski i czarny. Zenard kanonicznie jest władcą lodowej krainy i żywioł lodu faktycznie zdaje się do niego pasować. Pod maską sarkazmu Sarres niejednokrotnie ukrywa sprawy, które go bolą, albo którymi się przejmuje. Ma blizny, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Naprawdę można powiedzieć o nim wiele, ale na pewno nie to, że jest jednowymiarowy czy płytki. Jedna z kanonicznych wersji jego historii zakłada nawet, że w dzieciństwie w nieszczęśliwym wypadku zabił własnego ojca. Obciążony od najmłodszych lat poczuciem winy Zenard, zwyczajnie boi się, że inni odwrócą się od niego, gdy poznają prawdę o nim. To dlatego u Zena wykształciły się zaburzenia przywiązania - ma zazwyczaj swoją ulubioną osobę, którą emocjonalnie osacza (jeden z przejawów borderline).

Trudno podsumować albo jednoznacznie ocenić taką postać jak Zenard, ale jego liczne traumy wciąż nie przysłaniają jego osobowości. Nadal potrafi być sobą - zabawnym, troskliwym, odpowiedzialnym za innych. Po prostu niczego nie udaje. Mam nadzieję, że z mojego wpisu jasno wynika, że angażuję się w fabuły i postaci, tworzone przez Karolinę. Pewnie jeszcze nieraz będę wypowiadać się o jej twórczości na tym blogu. Znam kulisy poszczególnych wątków - wiem, że pisząc Karolina przepracowuje niektóre rzeczy ze swojego życia, co tylko wzmacnia moje uznanie wobec jej literackich wprawek. Doceniam jej wkład i zawsze chętnie będę sięgać po pisane przez nią historie, nawet jeśli czasem bolą. 

Kulisy moich opowiadań

Pomyślałam, że stworzę wpis, dotyczący postaci z moich opowiadań. W poprzednim wpisie na tym blogu mówiłam o moim podejściu do pisania historii, a teraz skupię się na samych postaciach. Uporządkuję ciekawostki i fakty o moich bohaterach i sama może w końcu zdecyduję, co jest dla nich kanonem. Zacznę od Soreny Lonning, mojej głównej OC. Pomysł na nią narodził się właściwie dlatego, że potrzebowałam protagonistki do mojego fanfiction z uniwersum Tourabu. Wyobraziłam ją sobie jako wysoką kobietę, w połowie Japonkę, w połowie Norweżkę o czarnych włosach, które splata w jeden lub dwa warkocze. Jako pół-Azjatka miała jasną karnację i lśniące, ciemne włosy, ale oczy zdradzały jej europejskie korzenie. Miały migdałowy kształt, ale niespotykany w Azji turkusowy kolor. Typowym elementem wyglądu Soreny jest też noszona przez nią biżuteria z motywem motyla, a czasem drobne wstążki we włosach z perłami. Początkowo chciałam zrobić z Soreny niepoprawną flirciarę, aktoreczkę, która pod wyniosłą postawą i gierkami skrywa wrażliwszą stronę. Chciałam pokazać, że trudno jej odnaleźć się wśród ludzi, dlatego, że całą swoją młodość spędziła z nosem w książkach i przez to już potem mogła tylko wchodzić w role, których oczekiwali od niej inni. Miała być impulsywna i nieco teatralna. Sporadycznie pokazywała swoją buntowniczą stronę (na przykład w czasie studiów nosiła koszulki z motywami ulubionych zespołów, miała krótkie włosy i bardziej rockowy styl). Ostatecznie Sorena jest nieco nieprzystowaną społecznie bohaterką, która nieustannie aspiruje by dorównać swojej matce, która zginęła w wypadku. Sorena chce sprawiać wrażenie przyjaznej i wesołej i choć z natury rzeczywiście jest dość pogodna, to jednak często czuje się niepewnie. Wynika to z tego, że była tłamszona przez ojca, a potem przez narzeczonego - Eichiiego.

Od czasu do czasu na tym blogu pojawią się grafiki, budujące klimat. Motyw jelenia na stałe wpisał się w moje opkowe lore.

Soreny jest wszędzie pełno - ma wiele zainteresowań, od pieczenia ciast, przez jogę, na florystyce kończąc. Jest marzycielką - lubi skandynawskie baśnie i przywiązuje uwagę do detali, takich jak albumy ze zdjęciami, przez co może być odbierana jako nieco infantylna. Kanonicznie wykłada historię Japonii na uniwersytecie w Tokio i jest szanowana przez studentów, choć zdarzają jej się wpadki z powodu jej roztargnienia. Dzieciństwo spędziła w Norwegii, gdzie była członkiem kółka teatralnego - w przyszłości chciała zostać aktorką. Na potrzeby fanfiction z Tourabu Sorena ma dar widzenia historii Japonii i ożywiania przedmiotów o historycznym znaczeniu. Sorena zna pięć języków: norweski, szwedzki, niemiecki, japoński i angielski. W głównej wersji swojej historii rozstała się z Eichiim Amamiyą, ale w opowiadaniu o Latrei i Gilmorze, gdzie Sorena jest poboczną postacią, Lonning i Amamiya są razem. Niekanoniczne elementy związane z Soreną obejmują to, że w pewnym punkcie fabuły padła ofiarą ataku nożownika i potem miała blizny, ukrywane z pomocą technologii/ magii w zależności od wersji historii. Miała bać się katan, których strzegła w cytadeli, a którym nadała ludzką postać. Sorena w crossoverach z Tourabu ma słabość do Shokudaikiriego Mitsutady i jest w związku z Zenardem Sarresem. Ma wiele cierpliwości i zrozumienia dla bliskich jej ludzi, niezależnie od rozmiaru traumy, z jaką ci się mierzą. Jeśli ktoś szanuje ją i daje jej dużo wolnej przestrzeni, by mogła rozwijać swoje pasje i karierę, Norweżka odwdzięcza się takiej osobie. Potrafi skłonić ją, by się przed nią otworzyła i okazuje jej wsparcie. Sorena unika otwartych konfrontacji bo kojarzą jej się z jej ojcem - awanturnikiem. Pupilem Soreny jest szary Maine Coon - Fukushima.


Skoro napisałam o Sorenie, nie mogłabym pominąć Eichiiego - jej narzeczonego, który tylko pod wpływem rad mojej przyjaciółki nie stał się tak negatywną postacią, jaką miał być. Pierwotnie miał być snobem, który narzucał Sorenie swoją wizję świata i z którym ostatecznie się rozstała. Miał szukać na Sorenie zemsty za to, że zniszczyła jego wizerunek, zostawiając go przed ołtarzem. Cała jego miłość do Soreny miała być toksyczna i zaborcza. Ostatecznie Eichii przez pewien czas był snobem, ale z czasem zauważył, że dbanie o pozory sprawia, że człowiek szybko się wypala. Niestety nie odzyskał Soreny, która związała się z Zenardem. Eichii od tej pory próbuje ustrzec innych przed błędami, które sam popełnił, bo nie chce, by żyli w takim napięciu, w jakim on wcześniej trwał. Pod wpływem wymagających rodziców, stał się perfekcjonistą - myślał, że ustrzeże ich przed rozwodem, ale oni ostatecznie zostali razem tylko dlatego, że dbali o zachowanie pozorów. Dobro syna nie było dla nich priorytetem i nie doceniali jego starań, mimo że poświęcał mnóstwo czasu na naukę. Eichii jest pasjonatem historii i Sorenę poznał na wspólnych studiach. W crossoverze z Tourabu on i Sorena byli połączeni technologicznym czipem, co chroniło Sorenę przed utratą wspomnień. Eichii jest naukowcem, ale ceni sobie stylowe imprezy i otaczanie się błyskotliwymi ludźmi. Ma ripostę na każdą okazję - jest zawsze uśmiechnięty i przyciąga do siebie ludzi. Lubi sprzeczać się z Zenardem. Ma swoje naukowe autorytety i lubi pisać naukowe artykuły i książki. W przeciwieństwie do Soreny, zna francuski i często żartuje z Zenardem w tym języku, bo wie, że Norweżka nie zrozumie o czym mówią. Eichii ma jasnobrązowe, nieco dłuższe falowane włosy, szaroniebieskie oczy, piegi i kilka pieprzyków na twarzy.

Ilustracje w azjatyckim stylu zawsze przyciągały mnie egzotycznym klimatem.

Zagłębiając się dalej w temat OC-ków mam garstkę bohaterów z opowiadania, którego akcja toczy się w królestwie Ionu. Wciąż nie wymyśliłam nazwisk dla tych postaci. Latrea gra tam pierwsze skrzypce - jest dwudziestokilkuletnią, jasnowłosą damą dworu. Ma bursztynowe oczy i piegi, ale jej dziewczęcy, niewinny wygląd stoi w kontraście do jej temperamentu. Jest poważna, bezpośrednia i sięga po to, czego chce, nawet jeśli jest to romans z królem Darenem. Ma dar przywołania smoczej matki, będącej w stanie potencjalnie rozwiązać problemy społeczności Ionu. Latrea zostaje naznaczona pieczęcią maga przez Gilmora i od tej pory ich losy się splatają. Nie będę w tym miejscu streszczać fabuły opowiadania - dość powiedzieć, że Latrea to zdeterminowana kobieta, może nie zawsze łatwo jest ją lubić, ale z pewnością jest niezależna. Ma też emocjonalną stronę, którą okazuje przy Gilmorze. W pewnym punkcie fabuły traci głos, a gdy nawet go odzyskuje, to jest on już trwale uszkodzony - rwie się i nie pozwala Latrei w pełni się uzewnętrznić. Gilmor to mag smoczego cienia, z pozoru chłodny i zdystansowany, ale w gruncie rzeczy jest naprawdę ciepłym człowiekiem. Ma bardzo jasną karnację, krucze włosy i szare oczy. Wysoki i przystojny, przyciąga uwagę innych swoją charyzmą. Pod koniec opowiadania on i Latrea mają psa wilczura. Gilmor przygarnął pod swój dach ciotkę Latrei - Zylę, zanim jeszcze wiedział o tym, że te są spokrewnione. Zyla to jedna z moich ulubionych pobocznych postaci - jest ekscentryczną staruszką, która swata młodych i zachęca ich, by żyli pełnią życia. Jest młoda duchem, bezpośrednia i nieco "savage" - szybko stała się dla mnie komfortową postacią.

Wracając jednak do Gilmora żyje on w cieniu swojej straconej miłości, boi się angażować w związek z Latreą, bo nie chce ponownie przechodzić przez stratę. Wyraża samego siebie głównie w gestach: gotując dla przyjaciół i okazując im milczącą troskę. Jest melancholijny i żyje przeszłością. To samotnik, który dużo czyta i spędza czas w swojej kuchni, gdzie czuje się komfortowo. Jakby tego było mało moje postacie jak Latrea i Gilmor zostały przeniesione do opowiadania, dziejącego się we współczesności, napisanego przez moją przyjaciółkę. Zabawnie jest czytać o Gilmorze pracującym w kwiaciarni i jeżdzącym na rowerze. Jeśli chodzi o uniwersum Ionu jest jeszcze Leticia - rudowłosa dziewczyna z wadą postawy, zakochana w starszym mężczyźnie (na potrzeby tego opowiadania - w Zenardzie). Jest wrażliwa i zazdrosna, miesza (świadomie lub nie) w życiu innych bohaterów. Ten wpis byłby zbyt długi, gdybym rozpisała się o każdym OC. Uwzględniłam te najbardziej rozbudowane postaci. Muszę przyznać, że tworzenie historii o nich jest zabawne samo w sobie.

Moja przyjaciółka chętnie dopasowuje do moich postaci rzeczy, które jej się z nimi kojarzą i w ten sposób taka Norweżka jest czasem nazywana w naszych humorystycznych rozmowach "Maślaną królewną", "Księżniczką reniferów", Eichii - "Smażonem" lub "Guccim" a Gilmor "grzybiarzem" czy "rowerowym drwalem". Moje opowiadania z czasem nabierają coraz to nowych, niespodziewanych nawet dla mnie kontekstów. Rozrosły się o wiele wątków i mam nadzieję, że jeszcze długo nie zabraknie mi pomysłów, bo lubię pisać i trudno by mi było znaleźć lepszą odskocznię od rzeczywistości niż pisanie właśnie. Jestem zadowolona z tej notki, bo daje ona szersze spojrzenie na stworzonych przeze mnie bohaterów i porządkuje fakty o nich. Myślę, że taki wpis był potrzebny na tym blogu.

O moim podejściu do pisania

Ten wpis będzie dotyczył jednego z moich hobby, jakim jest spisywanie historii. Dlaczego lubię pisać opowiadania? Na ten stan rzeczy złożyło się pewnie wiele czynników, ale kilka od razu nasuwa się na myśl. Nauczyłam się czytać i pisać szybciej niż moi rówieśnicy - wystarczało, że śledziłam wzrokiem tekst czytany mi przez mamę i to pomagało mi zrozumieć jak czytać. Czytałam już sama proste książki dla dzieci przed pójściem do podstawówki. W trzeciej klasie szkoły podstawowej zainspirowałam się baśniami, głównie Andersena i Braci Grimm, bo przyciągały mnie swoim tajemniczym klimatem.


Moja OC- Sorena też interesuje się baśniami. Lubi Małą Syrenkę. Przypadek? Nie sądzę. 

                                                         
Miałam zeszyt, w którym pisałam sobie własne wersje znanych baśni, na przykład zmieniając zakończenie czy niektóre szczegóły z oryginalnych historii. Któregoś razu spisałam sobie tego rodzaju historie na osobnych kartkach i zapomniałam potem, że włożyłam te karteluszki do książki z baśniami, wypożyczonej ze szkolnej biblioteki. Pani bibliotekarka znalazła moją radosną twórczość - trochę się zawstydziłam, że ją przeczytała, ale ona była pod wrażeniem, że sama w młodym wieku pisałam swoje wersje baśni. Od tamtej pory zeszyty, w których spisywałam jakieś swoje dziecięce historyjki były mi niezbędne jak masło na kromce chleba. Wychowawczyni z podstawówki zauważyła do czego mnie ciągnie i czytała nieraz na głos całej klasie stuff, który stworzyłam. Za pisanie, recytację i rzeczy, związane z literaturą zbierałam dobre oceny. Zapytana o to, kim chciałabym zostać w przyszłości, odpowiadałam, że pisarką. Podobała mi się sama idea przelewania na papier historii, tworzenia postaci, które zachowywałyby się całkiem ludzko, pomimo bycia wytworem fikcji. Pisząc mogłam rozwijać swoją wyobraźnię, mieć kontrolę nad tym, co chcę stworzyć i w jaki sposób opisać. Od najmłodszych lat byłam dla siebie bardzo wymagająca w tym zakresie, bo z jakiegoś powodu chciałam wykształcić sobie jak najbardziej staranny charakter pisma i za skreślenia w zeszycie karałam siebie koniecznością spisywania danego fragmentu od nowa, tym razem ładniejszym pismem.


Przerywnik na Sorenkę i Zena. Kanonicznie pewnie nigdy by się nie spotkali, a jednak doczekali się opowiadań, w których są parą. Taki już urok OC-ków.

Pisanie to dość specyficzne hobby - niewiele dzieci sięga po dłubanie w zeszytach w innych okolicznościach niż odrabianie pracy domowej. Ale dla mnie pisanie było czymś naturalnym - zainspirowana historiami, które przeczytałam, chciałam tworzyć własne. W okolicach gimnazjum stworzyłam serię opowiadań o czterech przyjaciółkach, przeżywających szkolne perypetie. Były to cztery historie, każda z perspektywy innej bohaterki i razem tworzyły pewien cykl, pomimo bycia dość krótkimi opowiadaniami. Każde miało, z tego, co pamiętam, około piętnastu stron. Te opowiadania były typowymi obyczajówkami, opowiadającymi o szkolnych problemach, konfliktach - miały też sporo humoru. Bohaterki miały swoich chłopaków, swoje hobby - jedna z przyjaciółek była siatkarką i flirciarą, inna lubiła rysować itp. Szkoda, że nie mam już tych tekstów, bo były lekkie, zabawne i dobrze oddające nastoletnie problemy (w końcu sama byłam nastolatką, gdy je pisałam). Niestety wtedy jeszcze rzadko myślałam, by zabezpieczać pisane na komputerze rzeczy przed skasowaniem. Sama też niektóre rzeczy usuwałam, będąc niezadowolona z ich jakości, ale akurat opowiadania o tych przyjaciółkach chętnie bym zachowała. Oprócz tej serii, pisałam inne obyczajowe historie, a z czasem zaczęłam do nich włączać elementy fantasy. Na studiach przestałam pisać opowiadania, bo wypluwając z siebie tak wiele naukowych referatów, nie miałam już energii, by pisać coś dodatkowo. Po studiach powróciłam do pisania opowiadań i teraz właściwie przypada okres, w którym piszę najwięcej w życiu. Po drodze przydarzyła się pandemia koronawirusa i chyba po prostu potrzebowałam znowu pisania, by oderwać się od rzeczywistości.

Jeszcze jedna odsłona Soreny jako postaci z Final Fantasy

Cieszy mnie, że moja przyjaciółka Karolina również lubi pisać - dzięki temu mogę bez żenady podsyłać jej kolejne rozdziały swoich opowiadań, a ona dzieli się ze mną tym, co sama stworzy. Wymieniamy się często opiniami, dyskutujemy i żartujemy o naszych postaciach, co jest dodatkowym bonusem, towarzyszącym pisaniu opowiadań. Zresztą to Karolina pokazała mi, że postaci, o których piszę w opowiadaniach nie muszą zostać wymyślone tylko na potrzeby jednej historii, a potem zapomniane. Wcześniej miałam właśnie takie podejście do OC-ków - były dla mnie tylko przekaźnikami fabuły. Ale okazało się, że można zdecydowanie poszerzyć rolę postaci, tak by wykraczała poza spisany tekst. Karolina swojego głównego OC-ka - Zenarda Sarresa odtwarza przy wielu okazjach, na przykład stworzyła go w kreatorze postaci w grze Final Fantasy i nim gra. Można? Można. Moją główną postacią stała się Sorena Lonning - łatwo mi się w nią wczuć, nie jest bardzo angstową czy złożoną bohaterką,należy do tych raczej komfortowych, bezpiecznych postaci. Spisałam już jej historie (niektóre bardziej, niektóre mniej kanoniczne). Znalazła też swoje miejsce na wielu moich rysunkach i ilustracjach. A pomyśleć, że powstała pierwotnie tylko dlatego, że potrzebowałam głównej postaci do mojego fanfiction z uniwersum Tourabu... No ale o OC-kach będą oddzielne wpisy - tutaj tylko pobieżnie nakreśliłam temat.
 

Kim jesteś, Norweżko? Księżniczką reniferów, obviously :)

Podsumowując, pisanie jest dla mnie przepustką do świata, w którym wszystko może się zdarzyć - tworzę dramatyczne wątki albo humorystyczne, w zależności od mojego kaprysu. Nawet jeśli nawiązania w moich opowiadaniach są zrozumiałe tylko dla mnie i mojej przyjaciółki, to nie widzę w tym problemu, bo moje obecne opka powstają właśnie dla nas obu jako swoista strefa komfortu. Ode mnie zależy czy w przyszłości zredaguję te opowiadania tak, by nadały się dla szerszego grona odbiorców czy po prostu zostaną dla mnie. Nie ukrywam, że chciałabym wydać choć jedną książkę - to naprawdę, by mnie spełniło, bo pisanie jest moją pasją od najmłodszych lat, ale nie mam oczekiwań. Z niektórymi rzeczami się poddałam, z innymi nie - ważne, by jakoś się odnaleźć w tym szalonym świecie. Introwertycy, do których w końcu się zaliczam, nigdy nie mieli w nim łatwo. Z pisaniem mam hate-love relację, bo często się frustruję i kwestionuję jakość tego, co piszę, ale nadal potrzebuję pisania. I wygląda na to, że jeszcze długo będę go potrzebować. W następnym wpisie na tym blogu postaram się rozwinąć temat OC-ków.